Ciężko być mądrym, zdrowym i szczęśliwym w dzisiejszych czasach. Doskonalimy się raczej w sztuce pogłębiania dystansów niż dbania o prawdziwość relacji. Dwa dni temu skończyłam czytać książkę, która na półce czekała na mnie 7 miesięcy – czekała cierpliwie na swoją kolej, na swój czas. To „Teoria bezwzględności” Beaty Pawlikowskiej. Autorka wyjaśnia w niej jak uniknąć końca świata, który w moim przekonaniu zbliża się wielkimi krokami, a jedynymi sprawcami tego wydarzenia nie będą kataklizmy czy epidemie – tylko MY sami, ludzie. Żyjemy w epoce materializmu, mamy udręczone dusze, „zapadliśmy na bolesną chorobę nieustającego braku”. Gonimy za nowościami, prześcigamy się w gadżetach, zapełniamy pustkę sztucznymi przedmiotami w obliczu braku prawdziwości. Każdy chce być modny, „na czasie”, a nawet krok do przodu.

Doskonale to widać w kulinariach. Gotowanie stało się super modne. Każdy chce gotować i zaskakiwać swoich bliskich nonszalancją w kuchni. Temat doskonale sprzedaje się w mediach. Widać to po wysokiej oglądalności programów związanych z gotowaniem. Master Chef osiągnął niebywałe wskaźniki w innych krajach, dlatego nikogo nie dziwi szeroka publiczność formatu w Polsce. Oglądając ostatni odcinek z ciekawością przyglądałam się nerwowym poczynaniom w kuchni zdolnych ludzi. Monika, która odpadła nawet mnie wzruszyła, gdyż na pierwszy rzut oka widać było, że się stara, że umie…ale nie tak wyszukanie jak inni. Jej deser nie zachwycił tak, jak innej uczestniczki programu, która z czekolady zrobiła straciatelle z powidłami marchewkowo – cynamonowymi. Kto by to zjadł? Niestety odpadł też sympatyczny kolega w chuście rambo, który umoczył karpia w czekoladzie, a tym samym wyłożył się jak kłoda przed szanownym i bezlitosnym jury. Dla mnie osobiście teatralnie śmiesznym. No ale cóż – ludzie oglądają, więc stacje nadają. Człowiek w obliczu braku emocji w codziennym życiu doskonale się bawi widząc,jak obrzuca się mięsem ludzi w programach rozrywkowych. W końcu sami się o to proszą, skoro uczestniczą…Za niedługo będziemy oglądać programy w których własne matki uczą sztuki seksualnej swoich synów na wizji. I to mięso również znajdzie swoich ulubieńców.

Do czego zmierzam? Wszystkie te zabiegi, mające na celu wyprzedzanie innych o krok w uprawianiu szeroko pojętego gotowania zapominają o najważniejszym aspekcie: o odżywianiu czyli realnym dostarczaniu zdrowych pokarmów do ludzkiego organizmu. Łączenie czekolady z rybą, tworzenie na talerzu kompozycji składającej się z kilkunastu rodzajów pokarmu (cielęcina na ostro w sosie truflowym z carpaccio z surowych warzyw pod pierzynka koziego z sera z żurawiną, pestkami dyni i grillowaną figą etc.) powodują, że nasz organizm po zjedzeniu takiego dania kompletnie nie wie od czego rozpocząć procesy trawienne. To tak jakby trzech gości wsiadło do taksówki i każdy chciał jechać w innym kierunku. I tak rozpoczynają się wielkie problemy – właśnie od małych, żywieniowych kroczków. W Polsce zwykło się mówić,że w zdrowym ciele, zdrowy duch. W krajach wschodnich, wysoko uduchowionych rzecz ma się odwrotnie. Tylko zdrowego ducha jest w stanie wypełnić zdrowe ciało. To, że się przejadamy, piejmy za dużo alkoholu, szukamy dodatkowych źródeł spełnienia w postaci drogocennych przedmiotów, hazardu czy innych nałogów jest wynikiem samotności, pustki i lęku, które zamieszkują nasze dusze.

Co ma zatem do tego czerwona kapusta?

Otóż w krajach wschodnich szczególnie w głęboko wierzących Indiach, w aśramach, gdzie ludzie spędzają miesiące na medytacjach najczęściej praktykowaną zasadą żywienia jest „monoskładnikowość”. Im mniej połączeń, tym zdrowiej. Niezależnie od tego czy są to hindusi, czy buddyści czy podróżujący derwisze z XIII wieku w orientalnym świecie – wszyscy zgodnie przyznają, że zasada nie łączenia ze sobą zbyt wielu smaków z różnych grup najlepiej wpływa na nasz układ trawienny. Oczywiście nie każę nikomu zjadać miski ryżu popijając wodą. Zachęcam jednak to wyważonego myślenia na temat tego co jemy. A nasza polska kuchnia tradycyjna zawiera w swym bogactwie wiele przepisów, które żyją w zgodzie z porami roku, ziemia zaś wypluwa na świat plony, które w danym czasie zdrowotnie zadziałają na nasz organizm. A sama czerwona kapusta wczesną zimą, jako monoskładnikowe pożywienie jest idealnym pomysłem na przekąskę lub drobny posiłek w ciągu dnia. Sama w sobie nie jest może idealną puentą na moje refleksyjne wynurzenia na temat ludzkich wartości dzisiaj i poczynań kulinarnych wśród społeczeństwa. Jest jednak idealnym pomysłem na ugotowanie jej dzisiaj!

 Składniki:

500 g czerwonej kapusty

2 średnie cebule

2 łyżki oleju

2 średnie jabłka

150g wody

1 łyżka soli

3 ziarenka angielskie

2 goździki

2 liście laurowe

1 łyżeczka cukru

szczypta pieprzu

sok z połówki cytryny

1 duża łyżka masła

 Przygotowanie:

Kapustę drobno poszatkować na szatkownicy lub w malakserze. Cebule drobno pokroić i podsmażyć na oleju w dużym garnku. Jabłka obrać i pokroić w drobną kostkę lub zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Dodać jabłka i kapustę wraz z przyprawami do garnka, dolać wodę i gotować 25 minut,najlepiej pod przykryciem. Następnie dodać sok z cytryny oraz masło i pozostawić na ogniu jeszcze przez 7 minut. Jej smak po ugotowaniu jest dla mnie magiczny. By posiłek był bardziej sycący gotuję sobie do tego kaszę jęczmienną.