Mój Vietnam….

Podobno im masz lżejszy bagaż, tym szybciej idziesz. My do Wietnamu wzięliśmy bardzo mało rzeczy, a przemierzaliśmy go dość wolno…Połowę rzeczy, które zabraliśmy zostawiłam na miejscu. Ale nie dlatego, że potrzebowałam przestrzeni w walizce na pamiątki. Vietam to brudny kraj. Brudny i trudny.

Zacznę od tego, że cieżko mi dzisiaj sobie przypomnieć kto w ogóle wymyślił tą destynację. Chyba wiedziona opowieściami innych pomyślałam, że warto zboczyć trochę z tajskiego kursu i udać się kawałek dalej w poszukiwaniu kulinarnych przygód i rodzinnych chwil. W zasadzie zupełnie bezmyślnie kupiliśmy bilety podczas pobytu w Berlinie – mieście, które daje tyle satysfakcji, że być może łatwiej podejmuje się lekkomyślne decyzje związane z podróżami. Wietnam zdecydowanie nie przypomina Berlina. To jak dwa przeciwległe bieguny. Chyba byłam głucha na sygnały ze świata gdyż teraz jak czytam książki, oglądam seriale, słucham piosenek to świat krzyczy głośno na temat tego kraju. I nie są to salwy radości. Ale chyba to jest tak jak z ciążą – musisz najpierw zajść, by widzieć otaczające cię kobiety z zaokrąglonym brzuszkiem. Przede wszystkim trudno mi sobie wyobrazić teraz jak mogłam zabrać dzieci do kraju na upragnione wakacje rodzinne, gdzie wszyscy noszą maski z wyniku ogromnego zanieczyszczenia powietrza. Przyznaję, że nie sprawdziliśmy tego wcześniej. W Tajlandii tylko w Bangkoku ludzie je noszą. Ale nie mogę cały czas porównywać tych dwóch krajów bo to tak jakbym powrównała w Europie Czecha i Niemca. Chyba głównie na tym polegał mój problem – na ciągłym poszukiwaniu podobieństw do mojej ukochanej Tajlandii. Zatem przestałam porównywać – i wtedy zaczęła się przygoda.

Dla mnie podróżowanie to nie tylko poszukiwanie miejsc. To przede wszystkim poszukiwanie smaku, zwyczajów, społeczności lokalnej, a dopiero na końcu pięknych widoków. Gdy wylądowaliśmy w Hanoi już na lotnisku zaczęły się przygody. Zamówiliśmy transfer z hotelu wiedząc, że dziewczynki będą bardzo zmęczone po długim locie. Podeszł pan z kartką i moim nazwiskiem. Powiedział byśmy zaczekali bo musi pójść po samochód. Wrócił i wsiedliśmy wszyscy do auta. Tylko po dwóch godzinach bezcelowej jazdy okazało się, że to nie nasz kierowca. To klasyczne „porwanie” z lotniska. Taka zabawa taksiarzy, którzy żerują na nieprzytomnyh turystach. A jak się zorientowałam? Po dwóch godzinach jazdy zapytałam czy daleko jeszcze? A kierowca odpowiedział: To pani mi powie gdzie jedziemy bo ja nie dostałem adresu więc jadę przed siebie. A ja nie podałam adresu bo byłam przekonana, że nasz kierowca z hotelu wie ostatecznie gdzie jest nasz hotel. Afera koperkowa skończyła się tym, że poprosiłam „porywacza” by zawiózł mnie na policję bym mogła zgłosić porwanie. Na szczęście zawiózł nas w końcu do naszego hotelu. Takich przygód mieliśmy mnóstwo. Zacięłam się w windzie z córkami i moją absolutną klaustrofobią. Niestety nikt nie wiedział w hotelu gdzie jest maszynownia. Nikt oprócz ojca moich dzieci, który wiedział, że liczy się każda minuta zanim dostanę ataku paniki. Na szczęście odnalazła się w hotelowej kuchni czyli prawie na swoim miejscu. Czy wizyta na basenie, który miał być utraconym rajem w Hanoi, a okazał się być zagrzybiałym stawem w hotelu do którego ktoś sam chyba przyczepił te 4 gwiazdki.

Podróżowanie z dziećmi po takim kraju to ciągłe negocjacje. Zrobimy coś dla ciebie mamo, jak ty zrobisz coś dla nas. Stąd pomysł na ten hotelowy basen w Hanoi – to była nagroda za cierpliwość gdy ja odbywałam profesjonalne lekcje gotowania. Basen musiał być kryty bo zapomnialam sprawdzić pogodę przed wylotem i w Hanoi było zaledwie 12 stopni. Na szczęście okoliczne bazary obfitowały w ciepłą i „markową” odzież na wypadek zagubionych w czasoprzestrzeni turystów. W Hanoi odbyłam kilka spotkań kulinarnych. Kuchnia wietnamska jest totalnie inna niż tajska. Jedno danie takie jak zupa z krabów czy BUN CHA robi się ponad dwie godziny. Dlatego przestał dziwić mnie fakt, że uliczne restauracje w swej ofercie bardzo często mają tylko jedno danie. Kilka potraw w jednem miejscu oznaczałoby dla nich szykowanie ich dobę wcześniej. Ale w Hanoi mieliśmy super przewodniczkę lokalną, która pokazała nam prawdziwe wietnamskie rarytasy. Restaurację, których turysta nigdy sam nie znajdzie. Najlepsze bun cha, ban mi, zupy pho, wietnamskie placki i marynowane pikle jedliśmy właśnie w stolicy Wietnamu. Odwiedziliśmy Quan An Ngon z jedzeniem street foodowym. Można tam zjeść wszystko to co na ulicy tylko w bardziej cywilizowanej oprawie, Cha ca La vong – czyli knajpka tylko z jednym daniem rybnym, ale za to na szóstkę z plusem, Bun Cha Ta – z najlepszym bun cha w Hanoi i wiele wiele innych. Na pewno wielką atrakcją jest hotel Metropole – luksusowe miejsce urządzone w kolonialnym i neoklasycznym stylu w samym sercu Hanoi gdzie Charlie Chaplin odbywał niegdyś swoją podróż poślubną.

Niestety dla mnie jedzenie na ulicy w Wietnamie nie było zbyt komfortowe – przekraczało moją granicę higieny, gdzie w Tajlandii nigdy i nigdzie mi się jej przekroczyć nie udało. Ale miałam nie porównywać. To jednak chyba nieuniknione. Na ulicach Hanoi jest brudno, brzydko pachnie, bardzo czuć spaliny i widać wszechogarniającą biedę. Ale ten cały obrazek tworzy jeden, spójny klimat. Nie da się go uzyskać, zobaczyć, poczuć w żaden inny sposób – trzeba tam po prostu pojechać. Gdyby ktoś mi to opisał tak jak ja Wam teraz to w życiu nie udałoby mi się poczuć tej dziwnej i trudnej do opisania ekscytacji bycia wśród ludności, która niegdyś wygrała wielką wojnę. Choć do dzisiaj trudno w to uwierzyć. Historia wojny wietnamskiej jest fascynująca i zachęcam Was byście poświęcili jej chwilę uwagi. Liczy mówią tam same za siebie. Serce miasta Hanoi położone nad mrocznym jeziorem, w którym podobno mieszka wielki żółw. Fajans, stragany i kicz dookoła sprawiają, że w powietrzu unosi się gęste powietrze niczym wycięte z kryminału lub szpiegowskiego filmu. Chodziliśmy w dziećmi w takie miejsca, których nikt nie znajdzie przechadzając się zwyczajnie ulicami. Knajpki na tyłach domów, w podziemiach czy na balkonach. I niby gwar, smog i dźwięki skuterów, ale jednak wisi w powietrzu mętna cisza….

Z Hanoi udaliśmy się na południową wyspę Phu Quoc. Zapragnęłam czystości i luksusu – ale nie w zanczeniu kapiącego złota tylko spokoju, ciszy i rajskiej plaży. I tu sie okazuje, że to na prawdę są dobra luksusowe w Wietnamie. Przemieszczaliśmy się kilkakrotnie po wyspie w poszukiwaniu raju utraconego. Najpierw wybraliśmy hotel na wzgórzu, gdzie basen łączył się z linią horyzontu oddalonego morza. Cena zawrotna i zupełnie nie wietamska. A hotel położony w dużym oddaleniu od morza – po prostu po złej stronie ulicy. Za to po dobrej stronie kulinarnej mocy. Zalewdwie kilka metrów od wyjścia z hotelu znajdowały się knajpki, w których uliczne dania mieszały się z turystycznym twistem. Nie szkodzi. Drożej, ale bardziej higienicznie. Najlepsza ryba w Wietnamie pieczona w soli, krewetki królewskie, nieziemskie langusty, ogromne kraby i wiele wiele innych monsterów wodnych, których nazw nawet nie powtórzę. Oczywiście z dodatkiem azjatyckiego folkloru: żaby, węże, psy….Jesz ile chcesz – tylko musisz zapłacić i to słono. Potem pojechaliśmy na północ wyspy, gdyż chcieliśmy zwiedzić lokalne safari. Ale nawet miejscowi odradzali nam tą wycieczkę czyli witajcie wakacje w krzywym zwierciadle. Mieszkaliśmy w pięknym miejscu, prawie na bezludziu za to ze śmieciami na plaży. Ale przynajmniej oddzielone były fototapetą, by turysta tylko trochę je widział. Za to był to beztroski rodzinny czas. Nie było tam nic ani nikogo. Zero miasta, zero wioski, chodziliśmy spać wcześnie, budziliśmy się wraz z pianiem koguta. W pierwszym odruchu dopadły mnie lęki – co ja będe tam robić? Przecież nie potrafię odpoczywać. Ale to pozwoliło nam zbliżyć się rodzinnie i poświęcić utraconą w zgiełku stołecznych obowiązków należytą uwagę. Tylko nikt nie mówił po angielsku więc ciężko było się porozumiewać z obsługą. Jedynym minusem tego odludnego miejsca była kuchnia: słodka, brzydka i niedobra. Nie dało się im wyłumaczyć, że do jajek sadzonych nie potzrebujemy cukru. Do brokułów z resztą też. Ogromne ilości smaku słodkiego w różnej postaci: cukru, syropów i sosów. Niestety w tej części wyspy nie zjadłam nic co zapadłoby mi w pamięć jako WZGLĘDNIE DOBRE. Dlatego też kolejny raz ruszyliśmy w trasę. W poszukiwaniu lepszych kulinarnych wspomnień. Teraz moim celem była tylko kuchnia – tak jak na początku wyprawy. Night market na wyspie to dobry adres. Zapiekane jajka z warzywami w muszlach z duża ilością ziół, naleśniki ryżowe z bananami, wietnamskie lody kokosowe, ban mi w najlepszej swojej formie i obłędne ryby pieczone w ziołach z dodatkiem mojego ukochanego morning glory.

Przed wyjazdem zdążyła się jeszcze jedna ciekawa historia. Zamieszkaliśmy w ciekawym hotelu z idealnym zejściem do plaży. Zaledwie kilka ostatnich nocy z obłędnym jedzeniem. Co rano witało nas śniadanie mistrzów. Pewnego popołudnia pływając pod wodą z córkami w basenie ziemia zadrżała. Już wcześniej odebrałam sygnały sytuacji nadzwyczajnej na wyspie, gdyż wszyscy ubrani byli w barwy wietnamskie lub mieli pomalowane twarze w wietnamskie kolory. To był mecz piłki nożnej i gdy ziemia zadrżała Wietnam strzelił gola. Po południu wszystkie skutery ruszyły w miasto, całe rodziny, policja w radiowozach, rodziny w samochodach na pakach. Skandowali, wiwatowali przez kilka godzin. Nie dało się przejść z jednej strony ulicy na drugą (nigdy się nie udawało, ale tym razem to już w ogóle) – tak jeździli w watahach i skandowali przebrani we flagi. Ogólna, społeczna i patriotyczna radość. Turyści stali i kręcili w osłupieniu na smartfonach ten akt patriotycznego szaleństwa. Transmisje live na FB i Insta trwały od 17 do 24 godziny. Byłam pewna, że przestali nie ze względu na nocną porę tylko śmierć Wietnamu w obliczu spalin z motorów i samochodów. Byłam z nich dumna, że wygrali. Że potrafią się tak zjednoczyć w obliczu zwycięstwa. To był ten moment, w którym przeczytałam wszystko na temat wojny wietnamskiej. Nazajutrz postanowiłam pogratulować menadżerowi hotelu wygranego meczu. I tu zaskoczenie! Wietnam przegrał na boisku z Uzbekistanem 2:1. Przegrali gdyż zaskoczył ich śnieg, którego nigdy zawodnicy reprezentacji wietnamskiej na oczy swoje nie wiedzieli. A co dopiero grać w takich warunkach. Stojąc w osłupieniu nie mogłam zadać tego pytania: zatem dlaczego tak się cieszyliście? Odpowiedź była prosta: bo pozwolili nam wejść na boisko na poważny mecz i nasi Rodacy zobaczyli śnieg. Koniec historii. Nic dodać, nic ująć!

Taki jest właśnie Wietnam. Absurdalny, brudny a zaraz wzruszający i patriotyczny. Ale najważniejsze pytanie: czy warto tam jechać? Zawsze warto jechać wszędzie !